Magia Bursztynowej Komnaty

Od przedziwnej opowieści współwięźnia Ericha Kocha, po relację o skrzyniach zatopionych w mazurskim jeziorze - splot przedziwnych zbiegów okoliczności i synchroniczności doprowadził autora artykułu na ślad jednego z najbardziej poszukiwanych skarbów


Roman Rzepka, NŚ 12/2020

(...) Od momentu narodzin Bursztynowej Komnacie towarzyszyła mistyczna otoczka. Z pewnością przyczynił się do tego niezwykły surowiec, skamieniała żywica, z której ręce mistrzów wykonały owo niepospolite dzieło, ale może jeszcze ważniejsze były okoliczności, w jakich rozpoczęło swoje życie. Owa skamieniała przed 40 mln lat substancja posiada ciekawą właściwość łatwego elektryzowania się, czyli polaryzacji ładunków elektrostatycznych na powierzchni. Grecy i Rzymianie już w starożytności zauważyli, że potarty suknem bursztyn łatwo przyciąga drobne strzępki różnych materiałów. Było to dla nich zjawisko niezrozumiałe i magiczne.

Legenda o fatum Komnaty zaczyna się tak: pierwotnie owo niepospolite dzieło zgodnie z zamówieniem zainstalowane zostało w gabinecie króla Fryderyka I. Zachwytom o zasięgu międzynarodowym nie było końca, ale wkrótce w bursztynowych segmentach rozwinął się grzyb, skutkiem czego całe płaty mozaik zaczęły odspajać się od srebrnego podłoża i odpadać. Dziś wiadomo, że zawiniły niedoskonałe technologie, a konkretnie klej, ale wtedy nie był to argument mogący usprawiedliwić twórców. Fryderyk I wpadł w szał i w porywie gniewu postępującą degradację Bursztynowej Komnaty przypisał partackiej robocie Andrzeja Schlütera - gdańszczanina odpowiedzialnego za nadzór nad jej wykonaniem. Sąd znalazł stosowane paragrafy, aby skazać go na banicję, a innego z artystów wynagrodził dożywociem w lochach jakiegoś mrocznego zamczyska. Po wyroku zrozpaczony Schlüter rzucił klątwę na swoje dzieło, sędziów, a wreszcie samego władcę. Może w istocie byłby to tylko baśniowy wątek towarzyszący niezwykłym dziejom równie niezwykłego artefaktu, gdyby nie pewien zaskakujący fakt: otóż wkrótce po wyartykułowaniu klątwy prze Schlütera Fryderyk I nagle umarł.

Przeglądaj spis treści numeru 12/2020 lub zamów wersję elektroniczną NŚ

Franciszka Podeja (imię i nazwisko zmienione) poznałem w połowie lat 70. XX w., a ściślej, poznaliśmy się wtedy osobiście. Poświęcę mu pozornie o kilka zdań za dużo, ale ma to ogromne znaczenie. Ulegając niesprawiedliwym, jak się później okazało, stereotypom przylepionym do osoby, nie zwracałem na niego uwagi, był dla mnie jednym z wielu tzw. znajomych z widzenia. Jego niepozorna postura nie prowokowała do zainteresowania się nim, a on sam też nikim się nie interesował, żył skromnie i cichutko, małomówny, skryty, nieufny, ciągle jakby zawstydzony. Sprawiał wrażenie człowieka niepotrzebnego nikomu, a nawet intruza na tym bożym świecie. Sposób zachowania (dla wielu niestandardowy) lokował go w kategorii dziwaków, jakich ma, a nawet powinna mieć każda pipidówka. Od życia nie żądał wiele; pracował w pobliskim pegeerze, mieszkał z rodziną w starym, poniemieckim, stojącym samotnie na przyjeziorowym odludziu niewielkim domku...

To jedynie fragment artykułu. Pełną wersję przeczytasz w NŚ 12/2020 dostępnym także jako e-wydanie.

Bieżący numer



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.